niedziela, 30 października 2016

Rozdział 1

            Obudziłam się bólem głowy rozsadzającym mi czaszkę. Przed oczyma przebiegły mi wczorajsze wydarzenia i poczułam się jeszcze gorzej. Chyba właśnie zostałam sierotą. Na samo wspomnienie zrobiło mi się jeszcze bardziej  niedobrze. Tamci mężczyźni z tamtego domu, to musi być sen. Świat zawirował i opadłam z powrotem w nicość.
            Budziłam się i traciłam przytomność przynajmniej przez kilka godzin.  Wiem tylko, że ktoś mnie czymś przykrył.  Ocknęłam się całkowicie zesztywniała, zmarznięta z promieniującym bólem głowy, który tak mi dokuczał, tak że nie byłam w stanie racjonalnie myśleć.  Otworzyłam oczy i zostałam oślepiona przez promienie słoneczne przebijające zza nie do końca zasłoniętych wysokich okien.
-Któż to się w końcu ocknął? – Wesoła twarz bruneta przysłoniła mi trochę światło. 
Co za ulga!
- Już zaczynałem się martwić – kontynuował.- Cały dzień byłaś nieprzytomna…
-Boli mnie głowa, możesz się trochę przymknąć? – Każde wypowiadane przez niego słowo było dla mnie torturą, chociaż w innych okolicznościach pewnie zachwycałabym się nad jego głosem, niezwykle przyjemnym dla ucha. 
Niestety,  głowa ani na minutę nie przestawała pulsować, co utrudniało wszelką komunikację. Uchyliłam kolejny raz powieki i moim oczom ukazał się bardzo przystojny, młody mężczyzna z  kilkudniowym zarostem. Rozpoznałam w nim mojego wczorajszego adoratora z knajpki.
-Wedle życzenia panienko – ukłonił się wpół, jakby pochodził z innej epoki. Uśmiechnął się szeroko ukazując białe, równe zęby z ostro zakończonymi kłami.
O kurwa, on jest z innej epoki.
-Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? – staram się zachować spokój.
Chociaż to trudne. Mam przed sobą drapieżnika, stworzoną do zabijania istotę. Cholera jasna, jak ja mam zachować spokój? Trzy głębsze wdechy Zoe. Spokojnie, poradzisz sobie. Olivia na pewno już cię szuka, ona wie co robić w takich sytuacjach.
- Rayan – podał mi rękę.
- Zoe- odwzajemniłam gest z pewnym wahaniem.
Jego skóra wcale nie była lodowato zimna tak, jak sobie wyobrażałam. Wręcz przeciwnie, była przyjemnie ciepła. Spojrzałam w niezwykle piękne, zielone oczy. Wcale nie były czerwone. Moje wyobrażenie o tych istotach legło w gruzach. Jeszcze kilkanaście godzin temu myślałam, że one nie istnieją.
Tylko czarownica uczyła się o tak zwanym ‘’innym świecie’’. Zwykły śmiertelnik, jakim niewątpliwie jestem nie miał dostępu do tego typu informacji. Kilkanaście razy bezskutecznie próbowałam czytać notatki Olivii, były to odręczne zapiski w łacinie i  starofrancuskim, któych do końca nie rozumiałam.
-Dobrze się czujesz? No prócz bólu głowy – przerwał moje rozmyślania zatroskany.
-Tak, chyba tak. Możesz mi powiedzieć gdzie jestem?
-Zimowa rezydencja państwa Lautier, dwanaście kilometrów od Salisbury.
Dobra, nie jest źle Zoe. Przynajmniej wiesz, gdzie jesteś. No prawie. Może cię wypuszczą.
- Rayan, nie spoufalaj się z ofiarą.- Do pokoju wszedł drugi chłopak.
Ledwo obrzucił mnie spojrzeniem, ale i tak miałam ochotę zapaść się pod ziemię, albo schować w najgłębszej jaskini świata, cokolwiek byle tylko uniknąć tego wzroku Chciałabym  prostu zniknąć i najlepiej nigdy więcej się nie pojawiać.
-Nie bądź taki sztywny James - upomniał kolegę. -Przepraszam panienko za maniery kolegi, ma dzisiaj wyjątkowo zły humor. 
-Jak tam sobie chcesz – mruknął. – Jej losu nie zmienisz… Wiesz, że nie wyjdzie stąd żywa… Chyba, że jest czarownicą, wróżką lub innym cholerstwem.
-Nie, nie jestem – powiedziałam cicho.
Nie wspomniałam o siostrze. Co chyba było błędem, jednak z drugiej strony mogło ją to ochronić przed losem, który mnie prędzej czy późnej czeka. Niech chociaż jedna z nas żyje. I pomści drugą.
            Wściekłe spojrzenie Rayana jest chyba jeszcze gorsze niż Jamesa. Zdecydowanie. Oddychaj Zoe, oddychaj. Tylko się przesłyszałaś. Oni nie zrobią ci krzywdy. Spokojnie. James tylko żartował. Cholera to nic nie daje. A gdyby tak?  Właśnie wpadłam na genialny pomysł
-Mogłabym skorzystać z łazienki?
-Tak, jasne. James przyniesie ci jakieś czyste ubrania, a ja skoczę po jakieś tabletki przeciwbólowe. Łazienka jest zaraz za tymi drzwiami – wskazał na wielkie, mahoniowe drzwi.
-Po moim trupie, ty zajmuj się tą zdzirą – warknął drugi i trzasnął drzwiami opuszczając pomieszczenie. Zielonooki westchnął i wyszedł za nim.
            Dobra Zoe, teraz albo nigdy. To jest twoja jedyna szansa. Wstałam gwałtownie i nie zważając na to, że zakręciło mi się w głowie wstałam. Obok łóżka stały moje trampki. Szybko włożyłam je i skierowałam się do łazienki. Odkręciłam wodę pod prysznicem i szybko wyszłam z nadzieją, że okna nie są zamknięte. Na moje szczęcie drzwi balkonowe były uchylone. Nie przewidzieli tego, że może będę chciała uciec. W końcu jestem Blush my się tak łatwo nie poddajemy śmierci. Podobno…
            Gdy znalazłam się na zewnątrz zaczęłam się rozglądać za czymś, po czym mogłabym się spuścić na ziemię. Podeszłam do barierki i spojrzałam w dół.
-Cholera- syknęłam.
            Pokój, w którym spędziłam ostatnią noc znajdował się na drugim piętrze. Nie jest dobrze. Skok odpada, nie chcę się zabić tylko stąd uciec. Życie jest mi naprawdę miłe. Chociaż pewnie i tak mnie znajdą, przynajmniej wtedy będę miała poczucie, że spróbowałam, a nie poddałam się i czekałam na nieuniknione. Może uda mi się dotrzeć jakimś cudem do Londynu. Olivia mnie ochroni. Ukryje. Muszę w to wierzyć.
Niewiele myśląc chwyciłam się krzaku, który obrastał cały budynek lada chwila wróci Rayan. Zaczęłam niezwykle trudną wędrówkę w dół. Musiałam strasznie uważać, żeby chwytać się dobrej gałęzi, na tyle grubej, żeby nie pękła pod moim ciężarem. Gdy tylko znalazłam się na wysokości umożliwiającej bezpieczny skok i ciche lądowanie zeskoczyłam. Upadłam na kolana. Głęboko liczyłam na to, że się nie skaleczyłam. Zapach krwi na pewno pomógłby im mnie znaleźć. Puściłam się szybko biegiem w stronę lasu. I ukryłam się na chwilę za drzewem, żeby złapać oddech. Starałam się uspokoić po intensywnym wysiłku. To, że wydostałam się ze środka wcale nie oznacza, że jestem bezpieczna. Nie mogę ukryć się w lesie. To było  by za oczywiste. Natychmiast by mnie znaleźli.
Obrzuciłam wzrokiem otoczenie. Naprzeciwko mnie stał ogromny, stary pałac niczym wyjęty z bajki. Był naprawdę piękny. Aż zaczęłam żałować ucieczki, z chęcią obejrzałabym go całego…
Dobra Zoe, komu w drogę temu czas. Nie ma nad czym się zastanawiać.  Już pewnie się zorientowali , że cię nie ma. Zaczęłam przedzierać się przez zarośla. Raniąc przy tym dłonie i rozdzierając ubrania.
Jakiś czas późnej  wyczerpana padłam na ziemię pod jakimś kamieniem. Było mi przeraźliwie zimno. Zapadł zmrok i zaczął siąpić deszcz. Typowa angielska pogoda. Przypomniało mi się, jak mama zawsze toczyła ze mną bój o ciepłe ubrania albo o zabieranie ze sobą parasolki. Na samo wspomnienie mojej rodzicielki pociekły mi po policzkach łzy. Załkałam cicho upominając się zaraz, że muszę zachować ciszę i spokój. Niedaleko przebiegała ruchliwa droga. Odpocznę chwilę i złapię stopa.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam zmęczona płaczem. Obudziło mnie wołanie mojego imienia. Wcisnęłam się jeszcze bardziej w kamień.
-Zoeeee zdziro, jak cię znajdę to długo sobie nie pożyjesz – wołał ktoś w kim poznałam Jamesa. Tylko on się do mnie tak zwracał. –Wyjdź, a może będę mniej brutalny zadając ostateczny cios.
-Zoe, nie słuchaj go. Wyjdź proszę, zrób to dla mnie, nic ci nie grozi, obiecuję- wołał drugi.
-Nie baw się ze mną w kotka i myszkę…
            Wstałam niepewnie i wyprostowałam się. Zaraz i tak mnie wyczują. Dłuższe ukrywanie się nie ma sensu. Nawet jeśli bym chciała nie ucieknę im. Są ode mnie silniejsi, więksi i są wampirami. Jestem z góry na straconej pozycji.
-Tu jestem-wyszeptałam.
 Miałam pewność, że mnie usłyszą. Znajdowali się w odległości kilku metrów ode mnie.
-Tu jesteś… - Pierwszy dotarł do mnie James, przycisnął mnie do kamienia. Chwycił dłońmi moją szyję tak, że nie byłam w stanie złapać powietrza. Nachylił się nad nią, był naprawdę bardzo blisko zatopienia kłów w delikatnej szyi.

Wtedy stało się coś, czego nigdy w życiu się nie spodziewałam. Niebo przeszyła ogromna błyskawica rozświetlając okolicę. Wampir cofnął się gwałtownie, jakby sam dotyk mojej skóry go parzył. Poczułam ogromny przypływ mocy, sama nie wiem czego jeszcze. Moje wnętrze zapłonęło, jakby zamiast krwi płynął w moich żyłach czysty ogień. Chłopak doskoczył z wielkim trudem do mnie i zatopił ostre kły w mojej szyi. Świat po raz kolejny w ciągu ostatnich dwóch dni zawirował i upadłam uderzając głową o jeden z kamieni tworzący ogromny krąg.   

~~~~
Nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału. Miał być zdecydowanie dłuższy i miał się ukazać już w piątek, ale jak się śpi tyle co ja w ostatnim czasie to mózg i ciało odmawiają posłuszeństwa, a wczoraj się nie wyrobiłam. Dobra, koniec narzekania.

 Dziękuję wszystkim za tyle wejść. Sama się nie spodziewałam, że będzie tego aż tyle. Jednocześnie proszę was o komentarze. Nawet nie wiecie, jak bardzo zmotywował mnie ten jeden pod prologiem. 

Prawie bym zapomniała rozdział dedykowany Olci, która od piątku niecierpliwie czeka na następny i musi znosić te wszystkie spojlery, które niby przypadkiem codziennie ode mnie słyszy.



5 komentarzy:

  1. Oczywiście mogę się domyślać, dlaczego nastąpił taki przypływ energii, ale i tak czekam na dalsze wydarzenia :D Jestem ciekawa reakcji wampirów na taki nagły zwrot akcji.
    + Czyli te spojlery to tylko przypadkiem?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W następnym rozdziale się wszystko wyjaśni.
      Niektóre tak, niektóre nie.
      Pozdrawiam cieplutko.

      Usuń
  2. Cześć;) Bywasz tu jeszcze? Bo widzę, że od miesiąca nic się nie pojawiło:<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, tak bywam tu jeszcze ;) Wiem, że ostatnio nic się nie pojawia i strasznie za to przepraszam, ale klasa maturalna zabiera sporo czasu i pochłania całą moją energię. A nie chcę dodawać tutaj rozdziałów, które mi się nie podobają i nie jestem z nich zadowolona (chociaż w najmniejszym stopniu). W najbliższym czasie powinno się coś pojawić ;)

      Usuń
    2. Nie dodawanie czegoś, co nie jest w 100% dopracowane to rzeczywiście dobry pomysł;D Popieram ;D

      Usuń

KOMENTARZE=SZYBCIEJ NASTĘPNY ROZDZIAŁ